Jest wtorek, godzina 20:00. To miał być TEN dzień. Dzień wysyłki newslettera. Z kalendarza krzyczy do Ciebie czerwony napis: Napisać i wysłać newsletter.
Siedzisz przed ekranem, a kursor miga z irytującą regularnością. W głowie masz pustkę albo – co gorsza – chaos. Zaczynasz pisać jedno zdanie, kasujesz. Bez sensu, myślisz. Nie mam puenty. Zbyt banalne. A potem przypominasz sobie, że nawet jak to napiszesz, to czeka Cię jeszcze logowanie do systemu, szukanie zdjęcia, formatowanie nagłówków i walka z ustawianiem stopki.
Zamykasz laptop. Newsletter nie wychodzi. Znowu.
I wtedy zaczyna się ten najgorszy, wewnętrzny monolog: Znowu nie wyszło. Nigdy nie będę regularna. Inni potrafią, a ja znowu zawaliłam. Znów ktoś się wypisze.
Jeśli czytasz ten tekst i czujesz ścisk w żołądku, bo brzmi to znajomo – weź głęboki oddech. Chcę Ci dzisiaj powiedzieć coś, co (mam nadzieję) przyniesie Ci ulgę.
|Kronika zapowiedzianej porażki
Jako redaktorka i obserwatorka biznesowych zmagań moich klientek, widzę u nich często podobne sytuacje. To nie jest tak, że nie potrafią pisać czy nie mają nic do powiedzenia.
Blokada, przez którą zadanie pt. Newsletter często nie jest dowożone, to zazwyczaj toksyczny koktajl z dwóch składników:
- Perfekcjonizmu – przekonania, że każdy mail musi być epickim dziełem, które zmieni życie czytelnika (spoiler: nie musi).
- Prokrastynacji technicznej – zwyczajnego, ludzkiego oporu przed „klikologią” – logowaniem, ustawianiem, sprawdzaniem linków, itp.
Kiedy te dwa elementy się łączą, Twój mózg wybiera ucieczkę. Łatwiej jest nie zrobić i czuć się winną, niż skonfrontować się z procesem, który wydaje się bolesny.
|Czy Twoi klienci siedzą ze stoperem w ręku?
Zatrzymajmy się na chwilę przy Twoim wewnętrznym krytyku, który krzyczy: Ludzie się wypiszą! Stracę wiarygodność!.
Zróbmy mały reality check.
Czy Ty, jako odbiorczyni newsletterów innych twórców, naprawdę siedzisz w czwartek rano z zegarkiem w ręku i myślisz: No nie, Kaśka spóźnia się już 15 minut, to skandal, wypisuję się!?
Prawdopodobnie nawet nie zauważasz, że mail nie przyszedł. A jeśli zauważasz, to zazwyczaj z życzliwą myślą: Pewnie ma dużo pracy.
Ludzie rzadko pamiętają, z jaką częstotliwością obiecałaś wysyłać treści – chyba że sama na lewo i prawo trąbisz: Mój newsletter przychodzi ZAWSZE we wtorek o 8:00!. Jeśli nie złożyłaś takiej publicznej przysięgi krwi, Twoi odbiorcy są znacznie bardziej wyrozumiali, niż Ci się wydaje.
Świat się nie zawalił. Twoja marka nie upadła. Jesteś człowiekiem, nie automatem do generowania treści.
|Regularność to rytm, a nie bat nad głową
Nie zrozum mnie źle – regularność jest ważna. Buduje zaufanie, przyzwyczaja odbiorcę do Twojego głosu, pomaga w sprzedaży. Ale ja wierzę w regularność dopasowaną do Twojego życia, a nie do wyidealizowanych standardów z Instagrama.
Jeśli cotygodniowa wysyłka sprawia, że dostajesz palpitacji serca i kończysz tydzień z poczuciem winy – zmień rytm.
Regularność to umowa przede wszystkim z samą sobą (no, z odbiorcą też), ale ta umowa musi być realna.
- Lepiej wysyłać świetny, dopracowany list raz na dwa tygodnie, niż byle co (lub nic) co tydzień.
- Lepiej wysyłać raz w miesiącu, ale z przyjemnością, niż co tydzień ze ściśniętym brzuchem.
To jest autentyczność w biznesie. Czasem największą odwagą jest przyznanie przed samą sobą: Na tym etapie nie dam rady pisać co tydzień – i ustalenie nowych zasad gry. To nie jest porażka. To dojrzałość, również biznesowa.
|Pustka w głowie, czyli dlaczego tak naprawdę nie piszesz
Wróćmy teraz do momentu, w którym siadasz do pisania i… nic. Kursor miga. Pustka.
Z mojego doświadczenia wynika, że to rzadko jest kwestia braku weny. Prawdziwym problemem jest to, że próbujesz robić kilka wykluczających się rzeczy naraz. Twój mózg musi w jednej chwili:
- Wymyślać temat (proces strategiczny).
- Pisać tekst (proces twórczy).
- Walczyć z rozproszeniem (proces logistyczny).
Kiedy siadasz do komputera o godzinie zero, a Twoja uwaga jest rozproszona pomiędzy szukanie pomysłu na maila a przekopywanie się przez 30 plików na pulpicie, wpadasz w panikę. Przeglądasz dziesięć koncepcji, z których każda wydaje się słaba, czas ucieka, a brak przyjaznej, uporządkowanej przestrzeni tylko dokłada Ci ciężaru.
Kończy się jak zawsze. Zamknięciem laptopa.
Rozwiązaniem, które przynosi natychmiastową ulgę, jest radykalne rozdzielenie tych procesów. Potrzebujesz cyfrowego minimalizmu, o którym pisałam tutaj, oraz banku pomysłów.
Ten ostatni, to miejsce, do którego sięgasz jak do spiżarni. Masz zapasy, które czekają na Ciebie w łatwo dostępnym miejscu.
|Micro-win na dziś: Twój bank pomysłów na najbliższe 3 newslettery
Nie chcę, żebyś kończyła lekturę tego tekstu tylko z poczuciem Uff, nie jestem sama. Chcę, żebyś poczuła sprawczość.
Zrobimy teraz coś, co zajmie Ci 5-10 minut, a zdejmie Ci z głowy ciężar na kilka tygodni. Stworzymy Twój mini-bank pomysłów na 3 kolejne newslettery.
Nie musisz pisać treści. Masz tylko zdecydować, O CZYM będą.
Zadanie: Otwórz notatnik w telefonie, plik w Wordzie albo weź kartkę. Wypisz 3 punkty:
- Newsletter 1: Pytanie od klienta. Przypomnij sobie, o co ostatnio pytała Cię klientka (w mailu, podczas konsultacji, w komentarzu). Nawet jeśli to błahostka. Odpowiedz na to pytanie w newsletterze. To zawsze wartościowa treść.
- Newsletter 2: Nawiązanie do starego wpisu. Masz już treści na blogu lub Instagramie? Nie wymyślaj koła na nowo. Weź stary post, odśwież go, dopisz nowy wstęp i wyślij. Recycling treści zawsze ratuje sytuację.
- Newsletter 3: Osobista refleksja / Lekcja. Czego nauczył Cię ten miesiąc? Co Ci nie wyszło? Co Cię zachwyciło? Krótka, ludzka historia, która zbliży Cię do Twoich klientek.
Gotowe? Właśnie zaplanowałaś newslettery na najbliższe kilka tygodni.
Gdy następnym razem usiądziesz do pisania, nie będziesz zaczynać od zera. Będziesz mieć bank, który pozwala skupić się na treści, zamiast strategii.

